TYGODNIK REGIONALNY; WERSJA ON-LINE
logo Linii Otwockiej
Otwock, Celestynów, Józefów, Karczew, Kołbiel, Osieck, Sobienie Jeziory, Wiązowna, Wawer
REKLAMA W INTERNECIE


powrót do głównej strony
GOŚĆ LINII


Z zawodu - lekarz weterynarii. Aktor, muzyk i poeta. Bohater "Metra", które szło z nim około 700 razy. Laureat "Wiktora" za telewizyjny program "Jaka to melodia?" Wcześniej związany z Teatrem Dramatycznym, obecnie z Teatrem Rampa. Mikołaj w popularnym serialu "Na dobre i na złe". Kilka razy odwiedził otwockiego "Smoka". Przed koncertem podczas Dnia Celestynowa

Musiałem spróbować
- Panie Robercie, co spowodowało, że rzucił Pan zawód lekarza weterynarii dla teatru i estrady?

- Nie potrafię odpowiedzieć jednym zdaniem. Byłem już samodzielnym lekarzem weterynarii, pełniłem dyżury w lecznicy. Któregoś dnia, ponieważ nie było interesantów siedzieliśmy sobie oglądając telewizję i wtedy dotarła do mnie informacja o eliminacjach do "Metra". Miła panienka podkreśliła, że to ostatni dzień przesłuchań. Zwróciłem się natychmiast do szefa: - Słuchaj, jadę - muszę spróbować. I udało się. Właśnie w tym momencie trzeba było podjąć decyzję. Nie było to nawet takie trudne. Moje dotychczasowe życie było mocno związane ze sprawami artystycznymi, więc i decyzja dość szybka i jednoznaczna.

- Być może straciły na tym zwierzęta...

- Myślę, że raczej nie.

- Decyzja, którą Pan podjął była jednak trochę ryzykowna. Zdecydował się Pan na niezbyt pewny zawód.

- Nie, nie, to wygląda trochę inaczej. Jeżeli się chce robić coś naprawdę, wówczas należy podjąć męską decyzję. Wiedziałem, że kiedyś muszę to zrobić, ponieważ w przeciwnym razie miałbym do siebie pretensję do końca życia. Oczywiście, to nie jest zawód pewny i stabilny. Wierzyłem jednak mocno, że mi się uda.

- Ale początki, to było śpiewanie w klubach...

Początki miałem piękne - nie te artystyczne ale amatorskie. Pamiętam klub "Akcent" i "Ursynek" - takie studenckoakademickie życie. Śpiewaliśmy dla przyjemności, za darmo - do piwa. Niebawem zaczęło się poważniej. Występowałem w "Oddziale Zamkniętym", w "Exodusie"i wielu innych, mniej znanych zespołach. Później, wspólnie z Januszem Koftą zrobiłem musical. A potem długo, długo nic i wreszcie - "Metro". A to już był prawdziwy teatr i dalej wszystko potoczyło się szybciej.

- Na czym polegają Pańskie kontakty z Kołbielszczyzną?

- Moja mama mieszka w Dłużewie, w pięknym dworze będącym własnością warszawskiej ASP. Mama świetnie prowadzi go od ponad 20. lat. Jest tu olbrzymi park, w którym znakomicie się wypoczywa. Kiedy tylko mogę uciekam z Warszawy i obok was przejeżdżam setki razy. Dzisiaj zatrzymałem się tu po raz pierwszy i, mam nadzieję, nie ostatni.

- Czy lubi pan Kołbielszczyznę?

- Kontakt z nią nawiązałem dzięki wizytom u mamy. Przy tych okazjach dużo jeżdżę po okolicy. Widziałem wspaniałe, urocze wsie nad Liwcem, dwór w Sufczynie i wiele innych wspaniałych miejsc. To jest fantastyczne, a bliskość Warszawy podnosi atrakcyjność tych terenów. Podziwiam tę Ziemię, ale jeszcze nie mógłbym tu zamieszkać. Mamy zbyt małe dzieci.

- W jakim są wieku?

- 11, 2,5 roku oraz ... 7 dni.

Jest więc już "Fasolka", o której Pan kiedyś publicznie wspomniał?

- Jest na tym świecie od tygodnia i ma na imię Tola. Jesteście pierwszą gazetą, która dowiaduje się o tym ode mnie oficjalnie...

- Bardzo nam miło, dziękujemy. Proszę jednak powiedzieć dlaczego tak mało jest w muzyce folkloru? Czy jest za mało komercyjny?

- Uważam, że nie ma go tak mało. W każdej gminie istnieje przynajmniej jeden zespół taneczny. Jednak rzeczywiście folklor musi być komercyjny. Przykładem - powodzenie zespołów "Brathanki" czy "Golec Uorkiestra". W ich wykonaniu muzyka nabiera trochę charakteru rockowego - to kupuje radio i decyduje się lansować. W tzw. minionym okresie istniały przede wszystkim wielkie profesjonalne zespoły - "Śląsk", "Mazowsze". Jeździły po świecie popularyzując Polskę. Dzisiaj czasy są bezwzględne i jeżeli coś się nie sprzedaje, nikt tego nie weźmie. Jednak lokalne zespoły mogą świetnie funkcjonować na poziomie gminy, powiatu.

- Jest Pan warszawiakiem?

- Ależ skąd! Jestem kujawiakiem z Inowrocławia. Dopiero studia, teatr, film i estrada - to Warszawa.

- Jak często bywa Pan w domu?

- 12 dni jestem w domu, 18 - poza nim. Jak widać przewaga na korzyść domu. Przy trójce dzieci trudno byłoby inaczej.

- Czy nie bał się Pan trochę, w pewnym sensie ryzykownej, roli Mikołaja w "Na dobre i na złe"?

- Absolutnie nie - wręcz przeciwnie. Chętnie spróbowałem wcielić się w człowieka, któremu przydarza się przygoda z facetem. Przyznam jednak, że często gdzieś w Polsce traktują mnie jako geja. Tak wielka jest siła oddziaływania TV, a z drugiej strony dość prymitywny sposób pojmowania tych spraw przez część naszego społeczeństwa. Powiem tylko, że Tomka Stockingera z "Klanu" ludzie zaczepiają na ulicy żeby wypisał im receptę lub udzielił porady. W roli Mikołaja jest wiele do zagrania i jako aktor bardzo ją sobie cenię. Ta postać może pójść w każdej chwili w każdą stroną - rozwinąć się bądź przygasnąć... Mikołaj nie był nigdy zdeklarowanym homoseksualistą.

- Czy zobaczymy nowe odcinki serialu?

- Przedwczoraj rozpoczęliśmy nagrywanie kolejnych. W nich się wszystko wyjaśni. Okaże się, że to była jedynie chwila niezdrowych emocji i nic więcej. Tak bywa czasami wśród artystów - zarówno mężczyzn jak i kobiet. Chcą tego dotknąć, co nie znaczy, że są homoseksualistami czy lesbijkami. Teraz mówię o życiu - nie o filmie. Mikołaj, to moja rola dramatyczna. Poza nią nie chciałbym nigdy tego spróbować. Mam troje dzieci i to sprawia, że jestem jakby mniej podejrzanym typem. Wracając jednak do głównego wątku rozmowy życzę Czytelnikom waszej gazety by nigdy nie bali się podejmowania ważnych życiowych decyzji.

- Bardzo dziękuję za rozmowę.

 
do góry
ROBERT JANOWSKI zgodził się porozmawiać z naszym redakcyjnym kolegą, Andrzejem Kamińskim.,
Fot. J. Jaruga

 
Artykuł z dnia 22.08.2000
STAŁE DZIAŁY